wtorek, 22 lipca 2008

Generation Kill

Niedawno obchodziliśmy dość hucznie 5 rocznicę inwazji na Irak. Prawdopodobnie w związku z tym chlubnym faktem HBO przygotowała siedmioodcinkową miniserię o losach Pierwszego Batalionu Zwiadowczego US Army podczas pierwszych 40 dni wojny. Bazą dla tej produkcji była książka Evana Wrighta pod takim samym tytułem. Autor spędził dwa miesiące ramię w ramię z żołnierzami, dzieląc wszystkie niedogodności i niebezpieczeństwa akcji w których brali udział. Początkowo podchodzono do niego z dużą rezerwą jednak Wright dość szybko zyskał uznanie i respekt w oczach marines. Nigdy nie chował się podczas wymiany ognia i często można go było spotkać w lekko opancerzonym Humvee który jako pojazd prowadzący był teoretycznie w największym niebezpieczeństwie. W związku z powyższym relację mamy z pierwszej ręki bo książka wiernie oddawała realia wojny. Siedem godzin filmu które napisali David Simon i Ed Burns też nie powinno odstawać jakością od tego co działo się w Zatoce na prawdę.



W pierwszym odcinku nie jesteśmy zarzuceni toną amunicji, kupą flaków ani masą trupów. Od podstaw poznajemy reguły jakimi rządzi się jednostka. Obserwujemy z bliska jakie relacje łączą żołnierzy z oficerami. Widzimy jakim arsenałem najeźdźcy dysponują i co można robić w czasie wolnym od ćwiczeń. Po tym jak już się dokształcimy i zaaklimatyzujemy w pustynnej bazie, będziemy mogli poznać bliżej kilku bohaterów z których jak sądzę tylko niewielu dotrwa do ostatniego odcinka. Wybór mamy niesłychany. Od cwaniaczków, pakerów, ludzi którzy zostali spłodzeni przez Boga Wojny Marsa poprzez szaraczków którzy chcą wojnę przeżyć, wrócić do domu, uprawiać kukurydze i jeść hamburgery, aż po rasistów, morderców i innych zwyrodnialców. Muszę przyznać, że aktorów dobrano znakomicie, tak samo dobra jak aparycja jest też ich gra co nieczęsto się zdarza przy tego typu serialach (nie mówię o głównych bohaterach). Znalazłem już swojego faworyta którego mam nadzieję za szybko nie odstrzelą. Sierżant Rudy Reyes, 31 latek który w pełnym umundurowaniu, z plecakiem wypełnionym kamieniami z bronią, kamizelką i maską p-gaz na twarzy okrąża sprintem całą jednostkę żeby sobie poćwiczyć. Jest wytatuowaną maszyną do zabijania o głosie skowronka i z dość wysublimowanymi przyzwyczajeniami kulinarnymi. Na wojnie przechodzi gehennę bo żarcie które tu serwują jest ubogie w witaminy. W domu je tylko warzywa i sushi. Wszyscy śmieją się, że jest gejem ale w USA chyba czeka na niego dziewczyna :)



Jestem strasznie zadowolony ze sposobu przedstawienia legendarnej US Army. Nie próbowano na siłę gloryfikować poczynań dowództwa, nie starano się wmawiać, że cała operacja była pasmem sukcesów. Wiadomo, z jednej strony wojna w Iraku jest najlepiej przekazanym medialnie konfliktem w historii świata i ciężko coś ukryć. Z drugiej - takim filmem można było bez trudu pozamiatać chociaż nieco brudu pod dywan. Przez cały pierwszy odcinek nie mogłem się wyzbyć wrażenie jakbym widział nieco zmienioną ekranizację książki nie Evana Wrighta tylko Władysława Zdaniewicza pt. "Misjonarze z Dywanowa. Polski Szwejk na misji w Iraku". Tak jak u naszego rodzimego pisarza tak jak i tutaj jesteśmy świadkami dokupywania sprzętu na własną rękę. Nikogo z dowództwa nie dziwi, że z magazynu wydaje się uniformy do działań w środowisku zatrutym biologicznie w maskowaniu przystosowanym do walk w lesie (wiadomo Irak = dżungla). Widzimy też np. jak prywatny biznesmen z Bagdadu dowodzi Pizze Hut dla żołnierzy w bazie po cenach rzędu 20$ za kawałek :)



Krótko mówiąc jest to kolejna pozycja która zapowiada się smakowicie i na której kolejne odcinki będę czekał obgryzając paznokcie. I będą to paznokcie u stóp bo u rąk obgryzam już od jakiegoś czasu, czekając na rozpoczęcie serii "Cleanera" o którego pilocie opowiem w następnej notce :)

Brak komentarzy: